Wielki Marsz

Richard Bachman to pseudonim Stephena Kinga, który w ramach eksperymentu wykorzystał tę ksywkę, by sprawdzić jak sprzedawać się będą jego dzieła, tylko podpisane innym nazwiskiem. Czytelnicy szybko go rozszyfrowali, ale do tego czasu zdążył napisać kilka krótszych niż zwykle pozycji - jedną z nich jest "Wielki Marsz" właśnie. W zdemoralizowanej przyszłości raz do roku rozgrywany jest pewien turniej. Zasady proste - setka nastolatków idzie wyznaczonym torem non-stop, dzień i noc. Kto nie daje rady, dostaje kulkę w łeb od jadącego z nimi patrolu. Zwycięża jeden. Taki dosłownie marsz po trupach do celu. I tak przez całą książkę. Jest dramatycznie, smutno, niekiedy wesoło i dotkliwie. Chłopcy walczą ze sobą, ale jednocześnie między nimi zawiązuje się nić przyjaźni, podobnie jak i z czytelnikiem. Z każdą stroną współczujemy tym, co nie podołali, i tym, którzy zdążyli się z nieszczęśnikami zaprzyjaźnić. A gorzkie uczucia zagłuszają pojedyncze strzały. King napisał ją, by nakierować czytelników, w jakim kierunku zmierza dzisiejsza rozrywka i telewizja. Seks w jacuzzi w reality-show wyszedł już z mody, przeszliśmy niedawno etap swatania mężczyzn z transwestytami. Co będzie następne? A co ostatnie? Książka, piekielnie dobra, jest być może dokładną odpowiedzią na jedno z powyższych pytań.

GRY - suplementy diety - proaktywnie.pl - Bilety lotnicze - Bilety lotnicze - regały magazynowe - obrazy - lampy - kolczyki - Pozycjonowanie